środa, 12 marca 2014

zapiski Bernadety z dnia I i II



10.03.2014 Hoi An-dzień 1


"Obudziła nas tylko potrzeba zejścia na śniadanie,bo było tylko do 10tej. Warto było jak nie wiem. Dostałam miskę zupy pho-najsłynniejszego dania w całym Wietnamie-makaron ryżowy,delikatny rosół,kawałki wołowiny i zielenina. Pychota i moje klimaty kulinarne:)Jako,że M lokalnego jedzenia nie je, wybrał sobie tosty z waciakowatego chleba i 2 małe serki topione plus kilka plasterków warzyw:) Posileni wyruszyliśmy rowerami na plażę.Wiele się naczytaliśmy o wietnamskim ruchu ulicznym i choć tu jeszcze nie jest duże miasto to i tak motory i nie tylko są wszędzie.Plaża bardzo ładna i sporo turystów,ale widać, że sezon jeszcze nie w pełni.Las palmowy,góry w oddali. Oczywiście kręcą się babki sprzedające wszystko i nic. Taka jedna przysiadła koło nas pod palmami 
i się zaczęło-że ´happy hour´,że ´I have nothing´,że ´buy something´. A ona siedzi i grzebie w tym swoim koszu co rusz to wyciągając jakąś pierdołę. Nie,dziękujemy, a ona dalej siedzi! W końcu ´Może ma pani małe lusterko?´ A jakże, miała! Cena wywoławcza 80 tys dongów! Po dłuuugich negocjacjach płacimy 25 tys, a pani odchodzi obrażona...W końcu ruszamy tyłki z lasku palmowego 
i idziemy sobie brzegiem. Fale na Morzu Południowo-Chińskim bardzo duże tego dnia. Wzdłuż sporo knajp. Próbują nas zgarniać na leżaki,by potem u nich coś zamówić. Twardo się opieramy. W końcu kręcąc się koło łódek pod nos dostajemy kartę,a tam duże zimne piwo za tylko 15tys dongów. 
I jak można było się oprzeć!:) Same łódki są tu bardzo ciekawe. Okrągłe,głębokie i plecione. Siedzimy więc sobie przy stoliku na plaży, piasek pod stopami, wiatr we włosach, piwo Sajgon w ręce i czego chcieć więcej? Może rybkę z grilla albo krabika z grilla? Czemu nie! Zamówienie złożone! Jadłam już mięso z kraba, ale nigdy z takiego w całości. A tu dostaję całego krabika i coś na kształt dziadka do orzechów  oraz mały widelczyk i radź sobie! A jakże, poradziłam! Co prawda mam przecięty palec, ale krabik pyszniutki był, a kosztował  tylko 60 tys dongów czyli ok 9 zł. Knajpka ta jest prowadzona przez rodzinę, bardzo fajni. Na zapleczu gotują, a przyśpiewują im ptaszki w klatkach.W ogóle w Wietnamie na ich punkcie tak jak i w Chinach mają bzika. Wypijamy też pierwszą wietnamską kawę,o której mnóstwo czytaliśmy. Swój szczególny orzechowo-czekoladowy smak zawdzięcza ponoć dodawanemu masłu lub olejowi w procesie palenia. Choć kawoszem nie jestem, muszę przyznać, że pyszna jest. Wietnam to drugi po Brazyli, producent kawy na świecie o czym kiedyś nie wiedzieliśmy. Wracając,  palmowy lasek zamienił się ze strefy leżakowania turystów do jednej wielkiej gar kuchni. Mnóstwo czerwonych,małych krzesełek i stolików dla potencjalnych klientów. Fajnie to wyglądało. Zmierzcha się, więc jedziemy choć zerknąć na słynne stare miasto w Hoi An. Przejeżdżając na skrzyżowaniach mam strach w oczach... Stare miasto,szczególnie nad rzeką zatłoczone. W większości przez turystów. W życiu nie widziałam tylu kolorowych lampionów na raz- wygląda to bardzo ładnie. Ulice tętnią życiem. Zjadam kolejny lokalny przysmak-Białe Róże. To pierożki z ciasta ryżowego nadziewane krewetkami lub ´bean´ czyli fasolą? Nadzienie oryginalnie jest na wierzchu pierożka i wygląda on właśnie jak biała róża. Ja jem wersję z ulicy, a te mają nadzienie w środku. Wersję z ´fasolą´ też próbuję. Plus parę dodatków 
i są bardzo dobre. Wracamy do naszego home stayu czyli mieszkania u rodziny, po drodze zaliczając piekarnio-cukiernię ze szczurem, który na moich oczach schował się pod szafę... Z bardzo wąskiego asortymentu kupujemy po lichym ciastku. Większość tych słodkich ma nadzienie z ´bean´,fasolą??? Wybieram takie ale smaku nie da się określić oprócz mdłe."

 Bernadeta S.

fot. Bernadeta S.

fot. Bernadeta S.



11.03.2014 Hoi An-dzień 2
 
 
"Dziś postanowiliśmy spędzić dzień na Starym Mieście, które jest na liście Światowego Dziedzictwa Unesco. Z rowerów dziś zrezygnowaliśmy, łatwiej będzie się poruszać po uliczkach. Zjawiamy się tam koło południa. Gorąco ,ale znośnie i najważniejsze, nie jest wilgotno. Stare miasto rzeczywiście jest bardzo ładne. Stare domki i kamienice bardzo klimatyczne. Nad rzeką rzędy palm i łódki, teraz już tylko w większości dla turystów. Kiedyś było to kwitnące miasto portowe. Ciekawe jak wtedy wyglądało. Prawda, na uliczkach więcej jest turystów niż lokalnych mieszkańców. Co jakiś czas przejedzie ktoś na rowerze w stożkowym kapeluszu, albo ktoś inny chce coś sprzedać.Nie kupujemy biletu wstępu, bo już wiemy, że nie mamy ochoty na zwiedzanie  starych domów kupców chińskich, tudzież japońskich lub kiczowatych świątynek i muzeów. Na szczęście największa atrakcja czyli Japoński Most jest za darmo. Tzn przejście nim jest za darmo, bo tylko wstęp do jego  muzeum jest płatny. Mimo,że doskonale o tym wiemy,´urzędnicy´ przy moście i tak próbują nam wmówić, że mamy kupić bilety. Nie dajemy się! Most jest fajny, ale to nie ósmy cud świata, choć ma ponad 400 lat. Najlepsza jest uliczka za mostem- oaza ciszy i spokoju. Tylko sznury kolorowych lampionów 
i trelujące ptaki w klatkach. Na każdym drzewie taka wisi! Są też i sprzedawcy ale nikt do niczego nie namawia.
Nadszedł w końcu i czas na obiad.Zamawiamy rybę w liściu bananowca czyli ciąg dalszy kulinarnych doznań w Hoi An. Na talerzu pojawia się zgrilowana zielona paczuszka. Rozwijamy, a tam pachnący trawą cytrynową i imbirem, soczysty rybi filet z kawałkami czerwonej chilli. Do tego zgrillowany bananowy liść dodaje pięknego zapachu. Jakby tego było mało- próbujemy w końcu tzw świeżego piwa. Za kufelek tylko 4 tys dongów czyli tak ok. 65 groszy! Nie muszę pisać, że nie kończy się na jednym;) Ale jest gorąco i cóż może być lepszego niż siedzenie w cieniu nad rzeką  
z widokiem na palmy i stare kamienice z oszronioną szklanką w ręce:) Zapada zmierzch i robi się ciemno. Teraz jeszcze wyraźniej widać, że Hoi An to miasto lampionów- zaczynają rozbłyskiwać wszędzie. Przechadzamy się jeszcze raz Japońskim mostem i uliczką do niego prowadzącą, ptaszki zniknęły .Miasto powoli układa się do snu. Ale tylko w pewnych punktach. Restauracje i bary pełne. Tu nocne życie dopiero się zaczyna."

 Bernadeta S.



fot. Bernadeta S.



4 komentarze:

  1. Wspaniale napisane! Zaczytałam się...
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
  2. pachnący wpis :) i jakie letnie zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń